BOGACTWO PODWODNEGO ŻYCIA
FOTOGRAFIA PODWODNA

REDAKCJA
 

Wraki wyspy Gubal - safari północne


[ GALERIA ]  [ POWRÓT
Tekst i zdjęcia: Maciej Tomaszewski

AmorinaListopadowy poranek przywitał mnie przeraźliwym chłodem i unoszącą się w powietrzu wilgocią. Pijąc poranną kawę byłem myślami gdzieś daleko stąd, można by rzec tam gdzie ani trawa nie jest zielona, a ptaków jak na lekarstwo. Tam gdzie pustynne słońce rozgrzewa do czerwoności piasek, a słona do granic możliwości woda stała się domem kilku tysięcy gatunków ryb. Przede mną kolejna ekspedycja do wraków spoczywających w odmętach Morza Czerwonego. Tym razem miało to być coś szczególnego - nurkowanie połączone z żeglowaniem. Wspólnie z przyjaciółmi miałem odbyć pełnomorską wyprawę. Ciekawość brała górę nad niepewnością. Ponad czterogodzinny lot do Hurghady minął na omawianiu tygodniowego planu nurkowań. Szkicowaliśmy na prędce scenariusz sesji zdjęciowej. Z godziny na godzinę dawało się odczuć podniecenie, jakie nas opanowało. I wreszcie jest - dobrze nam znane lotnisko w Hurghadzie.
Hurghada to dziwne hotelowe miasto. Rdzenni mieszkańcy są tu w zdecydowanej mniejszości. Jest ich zaledwie ok. 5 tysięcy. Resztę stanowią turyści, którzy rozlokowani są w hotelach, ciągnących się wzdłuż dwudziestopięciokilometrowego pasa wybrzeża. Znaleźć tu można wszystko - od luksusowego apartamentu w "Hiltonie", po niewielki pokój klasy turystycznej. Naszym domem miał być tym razem szwedzki żaglowiec "Amorina".
Po wylądowaniu na lotnisku zostaliśmy poddani "drobiazgowej" kontroli, a właściwie to nie my ile nasze dokumenty. Wędrowały kilkakrotnie z rąk do rąk urzędników, którzy raz po raz odrywali część blankietu wjazdowego. Tu każdy musi mieć pracę. Lotnisko nie było jednak zatłoczone. Większość czarterów została odprawiona wcześniej. Był to wspaniały zbieg okoliczności, gdyż pracownicy tutejszego portu, nie radzą sobie przy obsłudze jednego samolotu, nie mówiąc już o dwóch. Egipt jest przecież typowym krajem muzułmańskim, gdzie wszystko załatwić można... jutro!
W hali przylotów oczekiwało nas kilkoro członków załogi. Wiedziałem, że żaglowiec pływa pod szwedzką banderą, ale nie widziałem jeszcze, aby "biali" wychodzili po gości. Było to dla nas miłym zaskoczeniem. Bagażu mieliśmy bowiem sporo. Nasze ogromne walizy ze sprzętem fotograficznym specjalnego wrażenia na Olafie i Ullinie nie zrobiły, nie licząc obsługi lotnisk w Warszawie i Berlinie. Udajemy się do mariny hotelu "Mariott", gdzie zacumowany jest żaglowiec. Wchodząc na teren hotelu słychać znany mi język. "Bracia" Rosjanie! Gdzie ich nie ma? Mimo dobrego ubioru, pochodzenie gości zdradzają pliki studolarowych banknotów przewiązanych gumką, którymi ostentacyjnie wymachują przed recepcjonistą. Ach życie!
AmorinaPo kilku chwilach docieramy do nabrzeża, z którego widać wspaniale oświetlone maszty MY "Amorina". Cały sprzęt ładujemy do oczekującego na nas pontonu.
Po kilku minutach dobiliśmy do jachtu. Naszym oczom ukazał się prawie pięćdziesięciometrowy dwumasztowiec. Weszliśmy na pokład. Lekki wicherek omiatał stalowe wanty. Na pokładzie nie było żadnych oznak jakiegokolwiek życia. Podobno w ekspedycji miało uczestniczyć około dwudziestu osób! Po chwili ukazała się nam sylwetka średniej wielkości mężczyzny, którego jasna twarz oraz włosy zdradzały kraj pochodzenia. Człowiekiem, który wyszedł nam na spotkanie okazał się być kapitan jachtu, Szwed Patrick, który bardzo ciepło przyjął nas na pokładzie tego wspaniałego statku. Po krótkim powitaniu zaprowadzono nas do kajut. I tu kolejne miłe rozczarowanie. Nieskazitelna czystość biła zewsząd. Klimatyzowane wnętrza prawie siedemdziesięcioletniego żaglowca świeciły dawnym blaskiem. W każdej kajucie toaleta oraz prysznic. Warunki jakich do tej pory za tą samą cenę nie potrafił nam zapewnić żaden egipski armator. Po ulokowaniu bagażu oprowadzono nas po okręcie. Profesjonalnie przygotowany pokład nurkowy, wspaniała mesa i barek robiły niesamowite wrażenie. Zmęczenie podróżą oraz problemy z aklimatyzacją dały znać o sobie. Po krótkim spacerze udaliśmy się na spoczynek. Około trzeciej obudził nas rozruch silników. Znaczyło to tylko jedno - ostatnia grupa nurków z Goeteborga dotarła na pokład i wychodzimy w morze. Rozpoczyna się wspaniały tydzień nurkowań. Myślami byłem już pod wodą. Miarowa praca maszyn i lekkie kołysanie pozwoliło mi ponownie zasnąć.

Dzień pierwszy

Krótko przed ósmą dobiegł naszych uszu głos dzwonu, który oznaczał pobudkę i początek śniadania. Załoga spożywała posiłki godzinę wcześniej, aniżeli goście. Szwedzki stół przypominał wykwintne posiłki podawane w dobrych hotelowych restauracjach. Przy śniadaniu mogliśmy się doliczyć ponad dwudziestu uczestników wyprawy. Byli wśród nich oczywiście Szwedzi, Hiszpanie oraz moi przyjaciele z Niemiec. Rozpoczęliśmy wymianę uprzejmości oraz opinii na temat wyśmienitych warunków zaokrętowania. Krótka sjesta i powitanie kapitana. Przedstawiono nam wszystkich członków załogi, która przez sześć miesięcy nie opuszcza praktycznie pokładu "Amoriny". Żaglowiec jest ich drugim domem. Tu, daleko od śniegów rodzinnego kraju spędzą także nadchodzące Święta Bożego Narodzenia. Mark, nasz opiekun i szef ekipy nurkowej informuje nas o środkach bezpieczeństwa i sygnałach alarmowych. Potężne pontony wyposażone są w radiotelefony, zaś sam żaglowiec oprócz systemu nawigacji satelitarnej wyposażony jest w satelitarny telefon, który wieczorem pełni rolę publicznej rozmównicy. Każdy z nas otrzymał do dyspozycji kosz, w którym zdeponowaliśmy swój sprzęt nurkowy. Aparaty i kamery do zdjęć podwodnych umieściliśmy w niewielkim basenie wypełnionym słodką wodą.
Za pół godziny dotrzemy do miejsca, w którym odbędziemy pierwsze kontrolne zanurzenie, a następnie dokonamy penetracji wraku. Szef nurkowania omawia charakter podwodnej penetracji, oczekujące nas ewentualne prądy morskie oraz ustala kolejność zejścia. Wspólnie z Holgerem i Wernerem utworzyliśmy niemiecko-polski zespół nurkowy. Klarujemy sprzęt. Żaglowiec dopływa do potężnej rafy Abu Nuhas, która jest cmentarzyskiem czterech spenetrowanych dotąd wraków. Najmłodszą ofiarą rafy stał się grecki frachtowiec "Giannis D", który 19.04.1983 roku, przy wyśmienitych warunkach pogodowych, wszedł na rafę. Przyczyną katastrofy był błąd nawigacyjny. Miejsce to było świadkiem niejednej tragedii. Przed ponad stu laty, kilka metrów dalej, zatonął tu okręt "Carnatic". Jego resztki wyrastają tuż pod powierzchnią wody. Ze względu na liczne kolizje, na szczątkach innego wraku-okrętu "Kimon M", zamontowano radiolatarnię oraz świetlną pławę. Niestety nie dało to pożądanych rezultatów.
ElphistonePonton dowozi nas do miejsca eksploracji. Kilka krótkich wskazówek, potwierdzenie gotowości i schodzimy do wody. Przede mną długo oczekiwana szmaragdowa morska otchłań. W dali majaczą zarysy wraku. Ulegam kolejnej fascynacji. Płyniemy w kierunku okrętu. Zbliżając się doń przypominam sobie informacje, które zebraliśmy na jego temat. Pomogą mi one w penetracji statku. Obserwując wrak czuję, jak staję się naocznym świadkiem tragedii.
"Giannis D" uczestniczył w rejsie z jugosłowiańskiego portu Rijeka (obecna Chorwacja) do Hodeidah w Jemenie. Ładunek okrętu stanowiło drewno szlachetne, w szczególności mahoń i tek. Przy wyśmienitych warunkach pogodowych i spokojnym morzu załoga źle obrała kurs i weszła na rafę. Kolizja z Abu Nuhas zakończyła się dlań tragicznie. Zniszczenia były ogromne. Cała sterburta została zerwana na ostrych kantach rafy. 99-metrowej długości frachtowiec spoczął na dachu rafy. Ładownie statku szybko zapełniły się wodą. Przez kilka tygodni wrak spoczywał ponad powierzchnią wody. Koralowce nie były w stanie dłużej utrzymywać statku. Po blisko 6 tygodniach od dnia katastrofy pogrążył się on w morskiej otchłani. Ładunek został częściowo wymyty z ładowni okrętu.
Soczewkowiec"Giannis D" znany jest w nurkowym światku pod nazwą - "frachtowiec drzewny". Większa jego cześć uległa całkowitej destrukcji. Przepływamy obok imponujących swym ogromem, dobrze zachowanych elementów wraku. Przemierzamy pokład rufowy. Zaglądamy do nadbudówki oraz części ładowni. Promienie słoneczne docierające w głąb morza tworzą refleksy świetlne nadające nurkowaniu niesamowitej atmosfery. Rufa okrętu zagrzebana jest częściowo w piasku. Widać pod nią trzy łopaty śruby. Strzelające ku górze nadbudówki przywołują na myśl sceny z horrorów. Na pokładzie rufowym dają się zauważyć windy dźwigowe oraz liczne pachołki. Na kominie widnieje ogromna litera D. Znajdują się tu luki prowadzące do maszynowni statku. Wchodzimy do wnętrza wraku. Należy tu zachować szczególną ostrożność. Ukośne położenie, może spowodować utratę orientacji. Ułożone pod kątem ściany oraz schody nie ułatwiają nam jego eksploracji. Nurkowanie prowadzimy w poprzek okrętu. Prawdziwym rarytasem jest maszynownia, gdzie trafimy na sześciocylindrowy silnik, pokryty gąszczem rur i setką zaworów. Pod sufitem maszynowni, z wydychanego przez nurków powietrza, powstał swego rodzaju syfon. Czas ucieka. Wychodzimy z wnętrza wraku. Na głębokości od 15 do 20 m znajdujemy resztki burt, orurowanie oraz mahoniowe i tekowe belki. Okolica stała się istnym królestwem ryb papuzich (Scaridae). Tuż obok, kontroluje swój rewir ogromny napoleon. Traktuje on nurków zupełnie obojętnie.
NapoleonPłynąc w kierunku otwartego morza trafimy na dziób okrętu. Położony jest on, podobnie jak rufa, na lewej burcie i spoczywa na głębokościach od 10-18 m. Maszt wbija się ostro w morską otchłań. Jest on ułożony prawie równolegle do dna. Stał się on oazą licznej kolonii polipów. Ryby szklane (Pempherididae) czują się tu jak u siebie i potężną ławicą opływają maszt wraku. Spotkamy tu także ryby motyle (Chaetodon semilarvatus) oraz okonie szlachetne (Epinephelinae). Tuż obok przepływają majestatyczne skrzydlice, groźnie stroszące swe "pióra". Widok jest piorunujący. Czas jest wrogiem nurka. Niestety musimy się wynurzyć. Krótki przystanek bezpieczeństwa na głębokości 5 m i ponownie wchodzimy do pontonu. Z zadowoleniem na twarzach wracamy na pokład "Amoriny". Wejście z pontonu po trapie nie sprawia nam jakiegokolwiek problemu. Wokół niemilknące komentarze i opowieści. Szwedzki miesza się z hiszpańskim, niemieckim i angielskim. Wszyscy są podekscytowani. Po nurkowaniu niespodzianka - powitalny koktajl owocowy, kawa herbata i świeżo upieczone ciasto! Istny raj. Godzinne zejście pod wodę daje znać o sobie. Członkowie wyprawy wylegują się na górnym pokładzie, poddając się kąpielom słonecznym. Zapanowała prawdziwa sjesta. Oczekujemy na kolejne nurkowanie, po którym upragniony obiad. Podczas, gdy my poddajemy się przedpołudniowej drzemce załoga statku przystępuje do rutynowych prac. Mark wraz z Ullą napełniają butle. Inni członkowie kontrolują stan pontonów, dokonują drobnych napraw i przeglądów. Właśnie przyszedł czas na to by zajrzeć do windy kotwicznej. Wszystko odbywa się w niesłychanym spokoju. Tu nie ma miejsca na chaos, który wszechobecnie panuje na innych łodziach, kotwiczących nieopodal. Rutynowe zajęcia - czyli dzień jak co dzień. Należy jeszcze zmyć pokład słodką wodą i przygotowania do następnego zejścia są zakończone.

W poszukiwaniu "starej damy"

Kolejne dni nurkowe dawały nam niezapomnianych przeżyć. Jednak każdy z nas w głębi swej duszy marzył o chwili, w której będziemy mogli dokonać penetracji drobnicowca "Rosalie Moller". Tylko niewielu miało możliwość oglądania jego majestatu, gdyż głębokość na której spoczywa znajduje się na granicy jaką przyjęto w nurkowaniu sportowym - 40 m.
Pogoda wydawała się nam sprzyjać. Po ostatnim niewielkim sztormie morze uspokoiło się. "Amorina" zbliżała się do niewielkiej wyspy Gubal, na wysokości której na otwartym morzu spoczywa wrak. Pomimo określonej wcześniej pozycji, niezmiernie trudno jest go namierzyć. Przed kilku laty bezskutecznie czyniła to ekipa telewizji niemieckiej, która przybyła tu z zamiarem nakręcenia podwodnego reportażu. Historia okrętu nie należy do specjalnie ciekawych. Po zwodowaniu statku w roku 1910, a więc na dwa lata przed tragedią "Titanica", okręt służył do przewożenia drobnicy. Następnie przejął go armator z Szanghaju, który na krótko przed rozpoczęciem wojny podjął decyzję o jego złomowaniu. Działania wojenne stały się dlań zbawienne, gdyż brak drobnicowców skłonił właściciela do zaniechania dalszych działań w tym względzie. Owego feralnego dnia podróżował on z ładunkiem węgla, którego 4500 ton znajdowało się w ładowniach. Późnym wieczorem 6.10.1941 oczekiwał na kotwicy na możliwość wejścia do Kanału Sueskiego. Przelatujący w pobliżu niemiecki bombowiec dostrzegł statek i dokonał bombardowania. W ciągu kilku sekund woda wdarła się do wnętrza ładowni. Tony węgla szybko namokły, zwiększając swoją wagę. Frachtowiec zanurzył się pod wodę i opadł na dno, położone na głębokości 50 m. Przez wiele lat wrak okrętu był zupełnie nie znany. Łodzie nurkowe, tak chętnie odwiedzające ten skrawek morza, przepływały nad nim bezwiednie. Dopiero po ponownym odkryciu siostrzanej jednostki "Thistlegorm", która zatonęła tej samej nocy, rozpoczęto poszukiwania wraku. Zostały one uwieńczone pełnym sukcesem w roku 1994.
Rosalie Moller"Amorina" ustawiła się na pozycji GPS. Mark zszedł pod wodę w poszukiwaniu liny, która umocowana jest do komina okrętu. Na pokładzie odczuwalne jest podniecenie. Poziom adrenaliny wzrasta z każdą komendą wydawaną przez kapitana. W końcu jest! Znaleźliśmy go! "Rosalie Moller", niczym majestatyczna stara dama spoczywa tuż pod nami. Żaglowiec przez dwa kolejne dni będzie pełnił rolę jednostki eksploracyjnej. Rozpoczyna się typowy breefing. Mark omawia pozycję statku. Holger opisuje okręt, gdyż nie jest to jego pierwsze nurkowanie w tym miejscu. Ustalamy plan działania, kolejność zejść, określamy części wraku, które musimy sfotografować. Nurkowanie prowadzone w tym miejscu wiąże się z przeprowadzeniem dekompresji, jaką należy odbyć po jego zakończeniu, tak, by rozpuszczone we krwi, tkankach i kościach pęcherzyki azotu mogły się uwolnić, nie czyniąc spustoszenia w organizmie. Nasza ekipa jest gotowa do zejścia. Schodzimy jako pierwsi. Najpierw wędruje nasz sprzęt fotograficzny. Trzeba się z nim obchodzić jak z przysłowiowym jajkiem. Teraz kolej na nas. Tylko kilka stopni trapu i ląduję w wodzie. Jest wyśmienita przejrzystość! Zdarza się, iż w tym właśnie miejscu prąd morski nanosi bardzo dużo planktonu. Tym razem szczęścia nam dopisało. Pod nami kilkadziesiąt tysięcy ton spoczywające na dnie morza. Po przebyciu 28 m docieramy do komina. Lina do której przycumowana jest "Amorina" staje się być jedynym połączeniem świata umarłych ze światem żywych. Podążamy w nieznane. Spoglądam na wyświetlacz komputera. Znajdujemy się na głębokości 42 m pod poziomem morza. Jesteśmy na pokładzie "Rosalie Moller". Na tym, na którym przed pięćdziesięciu ośmiu laty tętniło życie. Dziś jego goście wyglądają zupełnie inaczej. Ponad naszym głowami przepływają potężne ławice sardynek. Tuż za nimi, w światłach 100-watowych reflektorów mienią się srebrzyste łuski ogromnych tuńczyków. Poruszamy się w świecie przerażającej ciszy. Lekki półmrok panujący na tej głębokości wyzwala wzrost emocji. Czas mija nieubłaganie. Wrak ma długość 110 m. Nie jesteśmy w stanie spenetrować go podczas jednego nurkowania. Płyniemy w kierunku dziobu okrętu. Mijamy przybudówki znajdujące się na śródokręciu. Zaglądamy na chwilę do środka. Sprawiają one wrażenie, jakby ktoś przed chwilą je dokładnie wysprzątał. Wszystkie elementy wraku pokrywa bowiem niewielka warstwa mułu. Występują tu nieliczne kolonie koralowców. Przeciwieństwem są potężne formacje korala wyrastające z poszycia okrętu. Nie są one jednak tak bujne jak na rafie, ponieważ na tak duże głębokości dociera niewiele światła. Dostajemy się do części dziobowej. Poszycie statku jest nitowane. Jedna z kotwic jest opuszczona. Druga majestatycznie wisi u sterburty. Spoglądając z pewnej odległości na dziób, odnosi się wrażenie, jakby wrak dalej oczekiwał na kotwicy na wejście do Kanału Sueskiego. Potęga i majestat przygniatają obserwatora. Kierujemy się z powrotem. Jesteśmy ponownie obok nadbudówki śródokręcia. Zachowała się w stanie nienaruszonym. Podobnie jak na mostku, zniszczone zostały tylko drewniane elementy podłogi. Pozwala to na wejrzenie do wnętrza wraku. Przed nami rozpościerają się kabiny zewnętrzne, do których dostęp umożliwiał długi korytarz. Podziwiać tu możemy wanny łazienkowe, umywalki, a także niewielki warsztat. W korytarzu prowadzącym do maszynowni znajduje się potężny świetlik składający się z 12 bulai. W oprawach znajdują się oryginalne żarówki z napisami "Osram DRP". Wiele elementów wyposażenia statku, to milczący świadkowie okresu II wojny.
Czas biegnie nieubłaganie. Wchodzimy w dekompresję. Zapas powietrza, jaki pozostał nam w butli oraz czas jaki będziemy musieli spędzić na kolejnych przystankach zmuszają nas do rozpoczęcia wynurzania. Mijamy komin. Przed nami lina, która niczym nić Ariadny prowadzi nas do świata ludzi żywych. Mijają długie minuty. W końcu docieramy do ostatniego przystanku położonego na głębokości 5 m. Tu spędzamy najwięcej czasu. Widzimy dokładnie co dzieje się wokół żaglowca. Jednak wynurzenie się przed czasem może być tragiczne w skutkach. W końcu komputer pokazuje zero! Znak do wynurzenia. Jesteśmy znów u siebie.

Nie tylko wraki

ElphistonePo kilku dniach spędzonych na nurkowaniach na licznych wrakach położonych na północ od Hurghady przyszedł w końcu czas by móc podziwiać rafy, których piękno zwabia tysiące turystów z całego świata.
Po wspaniałym obiedzie "Amorina" zmienia swoją pozycję. Udajemy się na południe. Tym razem będziemy mieli szansę nurkowania na znanej nam Carless Reef.
Należy ona do najpiękniejszych w okolicy Hurghady.
Rafę tworzą dwa bloki skalne o średnicy ok. 20 m, wynurzające się na głębokość 3 m pod powierzchnię morza. Ze względu na brak rafie jej typowego "dachu", który chroni przed silną falą, nurkowanie w tym miejscu możliwe jest tylko przy spokojnym morzu. I tym razem mamy szczęście. Wiatr ucichł. Rzucamy kotwicę. Jesteśmy zaskoczeni tym, iż w pobliżu nie ma żądnej łodzi z nurkami. Czy to nie wspaniałe! Będziemy nurkować zupełnie sami! Klarujemy sprzęt i wchodzimy do wody.
OgończaObie kolumny wyrastają z podwodnego płaskowyżu, położonego na głębokości od 18 do 20 m. Pośród nich, w koralowych dziurach spotykamy dwie potężne mureny, wynurzające się majestatycznie ze swoich kryjówek. Wokół nich poruszają się ławice żaglowców (Heniochus intermedius) oraz szczeciozęby. Są to tzw. "motylo-ryby", z charakterystyczną czarną maską na żółtej twarzy. Podmorski uskok patrolują rekiny ostronose. Dokonujemy przeglądu rafy, obierając drogę w kształcie ósemki. Po kilkunastu minutach dopływamy do wspaniałych koralowych ogrodów. Położone są one na północ od podwodnego płaskowyżu. W miejscu tym dno opada stopniowo do głębokości 27 m, ograniczone urwiskiem ze wschodu i łagodnym piaszczystym stokiem z zachodu. Podwodny krajobraz ubarwiają potężne korale talerzowe o średnicy przekraczającej ponad 4 m. Tu i ówdzie występują bloki pokryte kolorowymi polipami. W bajkowej krainie, główną rolę odgrywają srebrzyste barakudy, wolno poruszające się żółwie oraz rekiny ostronose. W mgnieniu oka zrobiłem cały film. To tylko trzydzieści sześć klatek. Chciałoby się zrobić coś więcej. Niestety musimy już wychodzić. Pod wodą czas płynie znacznie szybciej niż na lądzie. Czujemy niedosyt, mimo iż spędziliśmy pod wodą całe 70 minut.
PapugorybaJest to już ostatni wieczór. Przed nami kapitańska kolacja, na której serwowana jest pieczona ryba papuzia na słodko-kwaśno, wyśmienity koktajl z owoców morza, oraz świeże ciasto szwedzkie. Serwis jak w najlepszym hotelu. Po kolacji spotkanie zespołu w barze. Dokonujemy wpisów do rejestru nurkowań, potwierdzając to potężnym stemplem, na którym widnieje "nasza" poczciwa "Amorina". Dokonujemy przeglądu nurkowań na wrakach. W rankingu nieodparcie przewodzi "Rosalie Moller". Partick opowiada o historii żaglowca, który od 1934 roku pływa pod banderą szwedzką. Być może nie jest to ostatnie nasze spotkanie, gdyż podczas tego rejsu staliśmy się prawdziwymi przyjaciółmi.
Przed nami kilkugodzinna podróż do domu. Lotnisko w Warszawie wita nas mgłą i przenikliwym chłodem. Myśl o tym, iż niebawem powrócimy nad Morze Czerwone zachowuje nas w dobrym nastroju.
To było coś więcej niż zwykłe nurkowanie.


PDF Hasło: 

1438 kB
Nie mam
jeszcze hasła...

Copyright © 2003-2004 by Maciej Tomaszewski
All rights reserved


ustaw jako startową

Zaprenumeruj bezpłatny biuletyn informacyjny

szczegóły
Wyłącz

linki
 
REDAKCJA | Copyright © 2002-2017 E-MARKETING
Reklama u nas: info@rafy.pl
Do góry